środa, 13 marca 2013

Rozdział XII



Klaus:

Zająłem miejsce przy barze i zamówiłem whiskey.
-Burbon – usłyszałem znajomy głos.
Odwróciłem się i ujrzałem Damona. Kelnerka podała mu szklaneczkę z trunkiem, a po chwili postawiła obok butelkę jak już miała w zwyczaju. Wampir przechylił szklankę i wypił wszystko naraz.
- Wreszcie jesteś – przywitałem się.
- Po co mnie wezwałeś?- Spytał z wyrzutem – Właśnie omijają mnie bardzo upojne chwile.
Wypiłem swoje whiskey, a Damon nadal użalał się nad sobą.
- Słuchaj – przerwałem mu – Stefan ma was dość.
- To niech się wyprowadzi.  – Kolejna szklanka Burbona.
- Mam mu wysłać jakąś babkę od nieruchomości.
Dałem znać kelnerce żeby mi dolała.
- Nie będzie… - nagle Damon urwał w pół słowa.
Wampir zgiął się w pół, a chwile później złapał się za gardło.
- Elena… - tyle tylko dał radę wykrztusić. 
Rzuciłem studolarówkę na ladę, złapałem człapiącego się do wyjścia Damona i zaprowadziłem szybko do auta.


***


Damon:

Rzuciłem się do drzwi. Klaus za mną. Im bliżej Eleny byłem, tym ból stawał się silniejszy. Wzrok mi się zamazywał, ledwo widziałem.
Zabiję tego sukinsyna, który krzywdzi Elenę.  – Pomyślałem.
Wpadłem do środka wywarzając drzwi z zawiasów. Gdzieś wewnątrz domu usłyszałem słaby oddech i syk. Poczułem dłoń Klausa na swoim ramieniu. Przyłożył palec do ust nakazując ciszę.  Pokiwałem z wolna głową. Zrobił krok do przodu opuszczając mnie. Powoli skierował się do salonu. Dał znać, że mogę ruszać.
Ignorując ból z wampirzą szybkością pobiegłem do dużego pokoju.
Tam zastałem scenę, której zawsze się obawiałem. Rozpruwacz i moja, Elena. Dziewczyna leżąca na podłodze przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Klaus przypierający Stefana do kominka. Bez namysłu pognałem do Eleny gryząc swój nadgarstek. Jej serce stawało, oddech słabł. Powoli otworzyła powieki i cicho jęknęła. Gdzieś z tyłu usłyszałem szczęk łamanych kości i krzyk Stefana.
- Damon – cichy szept.
- Kochanie – pogłaskałem ją po włosach.
Jej tętnica była cała poszarpana. Stan nie do ustabilizowania. Z pełnych ust wypłynęła strużka krwi. Przyłożyłem do niech swój nadgarstek, ale Elena stanowczo pokręciła głową.
- Skarbie, musisz się napić. Umrzesz. Rozumiesz? – Spojrzałem w te brązowe oczy – A ja nie mam zamiaru znów przeżywać straty. Jeśli zginiesz to pójdę za tobą. Sam wbiję sobie kołek w serce.
Patrząc mi w oczy otworzyła usta. Nie miała siły ich zamknąć, więc pozwoliłem by krew spłynęła po jej gardle.
- Dalej, dalej – poganiałem. Kolejna seria krzyków Stefana.
Przy ostatnim oddechu, ostatni raz przełknęła. Wziąłem ją w ramiona i zacząłem kołysać.
Przed oczami przepłynęła mi fala wspomnień, łez i śmiech mojego kochanego braciszka.  Z sykiem odwróciłem się w jego stronę.
Leżał pod Klausem przez niego okładany.
Spojrzałem jeszcze raz na Elenę, ucałowałem i ułożyłem pod ścianą.  Z wyrazem wściekłości na twarzy odrzuciłem Pierwotnego od Stefana i dorwałem się do gardła mojego brata.  Cały czas śmiał się w niebo głosy.
- Nigdy nie piłem tak pysznej krwi.
Moja pięść uderzyła jego mordę.
- Ale wiesz, czego się dowiedziałem?
Ręka Klausa złapała moją pięść w powietrzu, gdy zamachnąłem się kolejny raz.     
- Ona była w ciąży. – Znieruchomiałem – Miałbyś bliźnięta. 
Moja wściekłość nie miała granic. Wyrwałem się Klausowi i z potrzaskanego krzesła chwyciłem jedną z nóg i wbiłem w ciało wampira pode mną.  Pierwotny jednym szybkim ruchem o milimetry zmienił tor lotu prowizorycznego kołka.
Szczerze żałowałem, że Stefan nie zginął. Jak z karabinu maszynowego rzucałem w Salvatore kołkami przy okazji niszcząc wszystkie drewniane meble po drodze. Sam rujnowałem swój dom. Który miał być domem Eleny i naszych dzieci.
Nagle poczułem pieczący ślad na policzku. Klaus mnie spoliczkował! Przestałem rzucać.
- Jeszcze jest nadzieja Damonie. 
- Jeśli ona zginie, to pójdę razem z nią. – Spojrzałem na Klausa. – Dam się zabić Stefanowi.
Podszedłem do leżącej Eleny i wziąłem na ręce.
- Zawsze i na zawsze – wyszeptał Pierwotny.
Ucałowałem dziewczynę, a po moich policzkach spłynęła jedna łza. Samotna, zagubiona łza.
Ruszyłem do wyjścia, chcąc w samotności opłakiwać stratę Eleny.
 Klaus kolejny raz tego dnia chwycił moje ramie.
- Pamiętaj, że jest nadzieja.
- Nadzieja to suka.
Wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę ciemnego lasu.
- Damon – krzyknął Pierwotny.
Nie zwróciłem na niego uwagi.
Teraz liczyła się tylko Elena.  


Rozdział taki średni moim zdaniem mi wyszedł :/ Wybrali papieża... nie jestem jakoś specjalnie zachwycona. 
Wiem że moje opowiadania się.. z kiepściły ... sorry za to ale przerwy robią swoje,a nie mam czasu dodawać rozdziały tak często jak inni. No nic.. Jak czytacie to komentujcie i dajcie mi nadzieję na lepszą wenę.
 Całusy :*
MordSith  

piątek, 1 lutego 2013

Rozdział XI



Caroline:
- Chyba dobrze się bawiliście? – Spytał Elijah unosząc brwi znacząco.
Mina mi zrzedła.
- Bez obaw. Moją siostrę zabrałem na kolacje, kiedy tylko się zorientowałem, co się szykuje.
Odetchnęłam.
Elijah podał mi szklankę soku pomarańczowego
- Dziękuję.
Staliśmy w kuchni, ja koło lodówki, a on za blatem.  Podszedł do mnie i powiedział:
- Cieszę się, że będziesz częścią naszej rodziny i że będę wujkiem.
Zachowywał się jak opętany. Wziął mnie w ramiona, serdecznie ucałował w policzek i zakręcił wokół własnej osi.
W tej chwili do kuchni wszedł Klaus, spojrzał na nas z udawanym oburzeniem.
- Zdradzasz mnie w moim własnym bratem?!
Wyplatałam się z uścisku Elijaha i pognałam da hybrydy.  Pocałował mnie namiętnie i przytulił.
- Czas do szkoły. – Oznajmił smutno.
- O cholera. Całkiem o niej zapomniałam.  
Rzuciłam się do schodów i pobiegłam do pokoju Klausa.  
„Muszę przynieść tu trochę swoich rzeczy” – pomyślałam.
Porwałam granatowa sukienkę wiązana na plecach, czarne szpilki i czarną torbę.
Miałam świetny humor, więc założyłam srebrny długi łańcuszek i kolczyki. Przeczesałam włosy i zajęłam się makijażem.
Gdy malowałem rzęsy poczułam delikatne pocałunki na szyi.
-Klaus – przewróciłam oczami – nie mamy na to czasu.
Usłyszałam przy uchu ciche mruknięcie niezadowolenia, od którego przeszły mnie ciarki. Złapałam go za rękę i wyciągnęłam pokoju. Po drodze wziął kluczyki i ruszyliśmy do samochodu.
Otworzył mi drzwi pasażera jak na dżentelmena przystało i w ułamku sekundy znalazł się obok.
Jechaliśmy w ciszy napawając się muzyką i otaczająca nas miłością.
Gdy wysiedliśmy wziął mnie za rękę i delikatnie pocałował na pożegnanie.
- Mamy dziś dwie wspólne lekcje. – Przypomniałam.
 - Wiem o tym. – Mruknął i zrobił kilka kroków do tyłu.
Pomachałam mu i weszłam do szkoły równo z dzwonkiem. Pobiegłam do klasy i usiadłam obok wolnego miejsca, gdzie powinna siedzieć Elena.
No tak, Damon dowiedział się, o przesileniu i stara się o bachora.  – Przypomniałam sobie.
Przewróciłam oczami i poszukałam wzrokiem Bonnie. Jej również nie było.
Co ja będę robić sama? – Zastanawiałam się.
Lekcje ciągnęły się w nieskończoność, kiedy zadzwonił mój tak wyczekiwany dzwonek. 
Wybiegłam na korytarz by jak najszybciej spotkać się tam z dyżurującym Klausem. Niestety nie zdarzyłam na czas. Mila idąca w tym samym kierunku, co ja, wyprzedziła mnie i dorwała hybrydę.  Dygocząc udałam się do szafki po przeciwnej stronie korytarza. Przez całą przerwę poprawiałam sobie makijaż słysząc śmiechy Mili i Klausa.
Moim jedynym pocieszeniem była właśnie rozpoczynająca się lekcja – historia sztuki.
Usiadłam na swoim stałym miejscu na końcu Sali. Do pomieszczenia weszli kolejno Chace, Kathlen i Mila w towarzystwie belfra. Kolejny raz tego dnia wściekłość we mnie zawrzała. Dla uspokojenia nerwów zaczęłam się bawić pierścionkiem zaręczynowym.
Lekcja rozpoczęła się, a ja wciąż rozmyślałam nad wszystkim, co się ostatnio działo. Z tego stanu wyrwał mnie Chace siadając obok mnie.
-Ślicznotko, zaczynamy – podsunął mi podręcznik pod nos.
Uśmiechnęłam się delikatnie i spojrzałam na Klausa. Musiał usłyszeć słowa chłopaka, ponieważ przyglądał się nam ze złowrogim błyskiem w oku.
Lekko odchrząknęłam i zabrałam się do pracy. Chace położył rękę na oparcie mojego krzesła i zaczęliśmy opisywać barok zwracając szczególną uwagę na Ludwika IV.
Mila, która cały czas zerkała na nas kontem oka, teraz kontynuowała podryw wampira. Klaus stracił cierpliwość i podszedł do nas.
- Chace, Kathlen potrzebuje pomocy. Bądź tak miły i pomóż damie w potrzebie.
- A co z Caroline? – Spytał chłopak.
- Ja pomogę pannie Forbes.– Podniósł wzrok na mnie – Ostatnio jej oceny się pogorszyły i muszę sprawdzić, w czym problem … - przerwał w oczekiwaniu – Czemu panna Kathlen wciąż jest sama?
Chace w pośpiechu opuścił swoje miejsce i zasiadł z uśmiechem na twarzy przy naprawdę ślicznej dziewczynie.
- Ty mi pomożesz? – Spytałam cicho.
Klaus zachęcony pochylił się, stanął za mną udając, iż coś mi tłumaczy. Chwycił sznurowanie sukienki i zaczął się nim bawić. Wzięłam długopis i napisałam:

Co ty robisz?

Spojrzałam na niego karcąco. Podniesionym głosem powiedział:
-Caroline, co ty wymyślasz?! Daj mi ten długopis.
Wziął go i napisał, cały czas bawiąc się sznurowaniem. Czułam, że jego dłoń ześlizguje się coraz niżej.

Powinnaś napisać:
Lubię, gdy tak robisz, kochanie.

Pokręciłam głowa z niedowierzaniem. Klaus bardzo się zmienił. Jego dawne „ja”, wciąż w nim było, lecz już w o wiele mniejszym stopniu.
Problemy już go tak nie przytłaczały. Staliśmy się dla siebie oparciem.
Zamyśliłam się tak bardzo, że nie zauważyłam jak nisko Pierwotny zszedł swoją dłonią.
Niezauważalnie strzeliłam go po łapach, na co odpowiedział pomrukiem niezadowolenia. Odsunął się ode mnie delikatnie.
- To wszystko? – Spojrzałam na profesora.
- Tak, proszę cię jeszcze byś została na przerwie. Musimy porozmawiać.  – Spojrzał na mnie znacząco.
- Oczywiści, proszę pana.
Zadzwonił dzwonek. Klaus układał książki na swoim biurku. Podeszłam do niego i poczekałam, aż wszyscy wyjdą.
- O co chodzi? – Spytałam.
Przyciągnął mnie do siebie.
- O nic. Po prostu się stęskniłem… - pocałował mnie delikatnie, ale odsunęłam go od siebie.
- Nie możemy… - pokręciłam głową.
- Chętnie wyrwę komuś serce, albo wątrobę. Właściwie to dawno tego nie robiłem – zastanowił się przez chwilę i znów jego usta złączyły się z moimi.
Namiętnie, delikatnie, powoli. Był mistrzem całowania. W jego ramionach mogłabym spędzić wieczność.
-Panie profesorze. Chciałaby…. – głos Mili się załamał, gdy weszła do klasy i ujrzała nas wtulonych w siebie.
-Aaaaaaaa…. – Zaczęła krzyczeć wniebogłosy.
Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. Klaus zaczął ją uspokajać.
-Panno Kursti, proszę zachować spokój.- Dalej się darła, a na jej nieszczęście mężczyzna miał słabe nerwy.
Bałam się jego dalszej reakcji, więc przejęłam pałeczkę.
-Mila uspokój się, rozumiesz? Przestań krzyczeć. – Jak na zawołanie przestała.
Klaus podszedł do niej i uniósł lekko twarz tak by mógł spokojnie spojrzeć jej w oczy.
- Nic tu nie widziałaś. – Rozkazał.
- Nic tu nie widziałam.
- Pójdziesz teraz na parking i wrócisz do domu jakby nic się nie stało.
- Wrócę do domu… - powtórzyła bezbarwnym głosem.
Nagle otrząsnęła się i jakby nigdy nic wyszła z sali.
- Na czym skończyliśmy? – Wymruczał Pierwotny przy moim uchu.
- Czekaj muszę sobie przypomnieć – musnęłam jego wargi - O której kończysz?  - Spytałam.
- Za godzinę. Co chcesz zrobić?
- Daj mi kluczyki do samochodu. Muszę pojechać do mojej mamy po swoje rzeczy.
Klaus grzebał zawzięcie w kieszeniach.
-Nie możesz poczekać, aż skończę? – Podał mi je do dłoni.
- Tylko zmarnujemy czas. – Pocałowałam go na pożegnanie. – Ciau.
I wyszła z sali.

Klaus:
Godzina mijała uciążliwie wolno, wiedząc, iż moja ukochana sama pakuje walizki. Moim jedynym pocieszeniem była świadomość, że te wszystkie bagaże jeszcze dziś trafią do mojej rezydencji.
Klasie kazałem rozwiązywać jakieś zadania, a sam szkicowałem Caroline przy kołysce. Po krótkim namyśle dorysowałem również siebie.
Zadzwonił dzwonek. Pożegnałem uczniów i spakowałem szkicownik oraz jakieś papiery. Wyszedłem na parking.
Już dawno nie byłem w tak dobrej formie. Nareszcie wszystko zaczęło się układać.
Nagle przy moim boku pojawił się Stefan.
- Hej – przywitał się.
Spojrzałem na niego lekko zaskoczony, ale szybko zebrałem się w sobie i nie dałem nic po sobie poznać.
- Witaj. Co cię tu przygnało?
Uniósł rękę, podrapał się po głowie i poprawił włosy.
- Damon i Elena nie dają mi spać. W domu nie da się wytrzymać…
Uśmiechnąłem się na wspomnienie wczorajszych igraszek. Słyszałem tylko jakieś blablabla, dotarło do mnie tylko ostatnie zdanie.
- … Czy… mógłbym… u ciebie zamieszkać? – Ton jego głosu… taki opanowany i spokojny…
-Co!!? Nienienienienienienie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Stefan stał jak zamurowany.
- Ale przecież kiwałeś cały czas głową z takim zadowoleniem…
- Bo myślałem o Caroline! Przeprowadza się dziś do mnie.  – Dziwiła mnie jego natarczywość.
- Znasz kogoś od nieruchomości?
-Mm.. Jasne. Podeśle ci go. Czekaj u siebie.
- Teraz zadzwonię do Caroline i Damona, a później do tej babki.
- Damona? – Zmarszczył brwi. Był szczerze zdziwiony.
- Mam dość tego zamieszania – przystawiłem telefon do ucha – Kto by pomyślał, że będę waszą niańką…
(C) – Tak?
(K) – Witaj kochanie. Przyjdę po ciebie później.
(C) – Jasne, dobra…, ale czemu?
(K) – Idę się napić i wyjaśnić parę spraw z Damonem
(C) - No dobra.. Ale pamiętaj, że wciąż czekam…
(K) – Paa.. – Wydukałem i rozłączyłem się.
Stefan cicho zachichotał.
-Zaraz flaki ci wypruje - wysyczałem przez zęby.
Jemu jednak na prawdę ciężko było się opanować. Wykręciłem numer Damona. Po paru wygnałaś usłyszałem delikatny głos Eleny.
(E) – Tak? – Zachichotała – Telefon Damona.
Przewróciłem oczami.
(K) – Eleno, proszę cię bardzo, daj mi z łaski swojej Damona do telefonu.
(E) – Ale on jest nieco zajęty. – Znów się zaśmiała.
Usłyszałem pomruk niezadowolenia wampira. Kąciki moich ust same uniosły się do góry.
(D) – Czego?
(K) – Za 20 minut w Grillu. Rozumiemy się?
Damon się rozłączył.
 - No, załatwione – powiedziałem do faceta obok.
- Jasne. – Mruknął.
Z jego oka wychwyciłem tajemniczy błysk. Błysk rozpruwacza.
- Muszę iść. Pamiętaj o tej babce od nieruchomości.
-Oczywiście.
Jego zachowanie było podejrzane.  I to nawet bardzo. Coś kombinował.
Po chwili już go nie było.  
Nie przejąłem się tym zbytnio i skierowałem do Grilla w centrum miasta. 


Wiem, rozdział nijaki, ale jest to takie jakby podłoże na kolejny :D 
Na tą notkę czekaliście krócej niż zwykle, teraz będę się starała dodawać kolejne w mniej więcej takim czasie.
Komentujcie.

środa, 26 grudnia 2012

Rozdział X


Caroline:

Nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Klaus był tak pochłonięty rozmową z Sally, że nie zauważył mojego powrotu. Stałam za ścianą przy wejściu.
-Lori – wyszeptał Klaus.
- Poznałeś mnie. Nie dziwi mnie to. Zawsze odznaczałeś się swą inteligencją.- Chwila przerwy – Wyleczyłeś się już.
Skądś znałam to imię. A tak! Rebekha powiedziała mi, że Klaus zakochał się tylko w jednej dziewczynie. Ja na to, że o tym wiem. A ona, że miała na imię Lori.
Zazdrość odezwała się we mnie. W wampirzym tempie opuściłam rezydencję Pierwotnych. Chciałam być sama. W stajni Elizabeth prychała na Hadesa. Uciszyłam ją głaszcząc po pysku. Osiodłałam jak nauczył mnie Klaus. Klaus. Przez ostatnie tygodnie całe moje Zycie było z nim związane.
Klacz tego dnia ochoczo pognała przed siebie, czując, ze coś mnie trapi. Skierowałam ją nad urwisko, tam gdzie ostatnio zabrał mnie Nicolaus. Razem z Elizabeth zostawiłyśmy za sobą wszelkie kłopoty, smutki i cienie, które nas dręczyły. Czułam z nią jakąś więź. Niewytłumaczalną.
Gęsty las szybko ustąpił pięknemu krajobrazowi. Zsiadłam z konia, zdjęłam siodło i położyłam na ziemi. Lejce przywiązałam do pobliskiego drzewa, gdzie zaledwie metr dalej płynął strumień. Wyjęłam za krzaków koc piknikowy i zrobiłam sobie z niego posłanie. Rozpaliłam ogień i przyniosłam drew na opał. Położyłam się, za poduszkę służyło siodło. Po kilku chwilach po policzkach zaczęły lecieć łzy. Usiadłam i zapatrzyłam się w ogień. Nie po raz pierwszy byłam sama, lecz tym razem odczuwałam to wyjątkowo silnie.

 

***

Słyszałam trzask łamanych gałęzi.
- A tylko spróbuj mnie tknąć, to ci flaki wypruje.
Z głębi lasu dobiegł mnie cichy chichot mężczyzny. 
Widziałam tylko zarys, lecz to mi wystarczyłoby stwierdzić, że facet był boski. Wyłonił się powoli z cienia potężnego dębu. Pół długie prawie czarne włosy, zielone oczy, dobrze zbudowany i wysoki.
-Jesteś tego pewna?
-Teraz już nie tak bardzo- uśmiechnęłam się uwodzicielsko.
-Miło mi to  słyszeć.
Facet wyglądał na dwudziestoparolatka. Miał prosty nos i zmysłowe usta, wystające lekko kości policzkowe.
Podszedł do mnie, a ja wskazałam mu gestem dłoni aby usiadł.
-Kto zasłużył sobie wypruciem flaków?-  zawahałam się z odpowiedzią, wiec dodał – Jeśli można spytać.

- Pokłóciłam się  z chło… właściwie narzeczonym.
- O co poszło? – spytał dorzucając drewna do ogniska.
-Usłyszałam jak gada ze swoja byłą.
-I co z tego wywnioskowałaś? – teraz bawił się patykiem.
- Że on cały czas coś do niej czuje. – spojrzałam na faceta siedzącego obok. – A ciebie co tu sprowadza?
Skrzywił się zastanawiając ile może mi wyjawić.
- Wysłałem moja żonę na „misję” ,a wcześniej pokłóciłem się z nią… - uniosłam brwi do góry - … o jej byłego.
Zaśmiałam się. Jakoś ufałam temu człowiekowi, choć jestem pewna że nigdy wcześniej go nie spotkałam.
- Mamy coś wspólnego.
- Taa… - westchnęłam.
-Znasz tu jakąś knajpę gdzie można upić się w trzy dupy? – spytał uśmiechem .
  Ostatnie zdarzenia jakby uszkodziły mój mózg. Przeszkadzały w myśleniu.
- Jest Grill, tam zbiera się całe miasteczko.
-  Więc chodźmy – jak dla mnie zbyt entuzjastycznie.
Wstał i wyciągnął do mnie rękę. Ujrzałam pulsujące żyły i poczułam uwieranie w dziąsłach.
- Jestem głodna. – oświadczyłam, złapałam nadgarstek mężczyzny i wbiłam w niego kły.
On z niezwykłą szybkością i siłą, większą od wampira odciągnął mnie od siebie przybijając do pobliskiej wierzby.
-Kim jesteś? – zdołałam wykrztusić.
- Wampirem. Oj, nie przedstawiłem się. Jestem Gideon – znów ten tajemniczy błysk w oku.- A ty jesteś głodna, tak mi się zdaje.
- Trochę – poluźnił nieco uścisk dłoni na moim gardle.  Po chwilowym namyśle puścił mnie.
- Gdzie jest ten Grill?
- W centrum miasta.
Wyszedł przede mnie i schylił się.
- Wskakuj. – widząc moją minę uśmiechnął się już całkiem swobodnie.  – Szybciej. Nie bój się. Wskakuj mi na plecy. Szybciej zaspokoimy twój głód, a ja muszę się jak najszybciej napić – zachichotałam.

Klaus:

Usłyszałem jej chichot. Pognałem w stronę jej głosu, lecz nikogo nie zastałem. Polanka, czego byłem pewien, niedawno… Wciągnąłem głęboko powietrze. Wyczułem Caroline i jakiś nieznany mi, męski zapach, niczym odór.
Nie mogłem znieść myśli, że mogła być z kimś innym. Za drzewa usłyszałem parsknięcie. Nie zauważyłem, że przez cały czas Elizabeth stoi tam samotnie. Podszedłem do niej i puściłem wolno.
Musiałem odreagować.
Wróciłem do domu, wziąwszy dwie torebki krwi i szklaneczki, poszedłem do lochów, by spotkać się z Sally. Stała tak jak ja zostawiłem. Uniosła głowę i uśmiechnęła się lekko z satysfakcją.
- Wróciłem – powiedziałem i podniosłem wysoko krew – Głodna? – spytałem – Chyba tak. Kły ci wyrastają.  
Położyłem szklaneczki na stoliku w rogu i wlałem do nich szkarłatny napój bogów. Wampirzyce uwolniłem z okowów lin nasączonych werbeną, które ją więziły.
- Dzięki – powiedziałam rozcierając sobie ręce.
- Proszę bardzo . – podałem jej krew, którą wypiła jednym tchem.
By się nie fatygować nalewaniem płynu i brudzeniem naczyń, chwyciła torebkę i opróżniła ją.
- Masz w sobie ducha – stwierdziłem , a ona spojrzała na mnie z powątpiewaniem. Przeniosłem wzrok na szklankę i westchnąłem. – Muszę się napić.
Już stałem u podnóża schodów, gdy przypomniałem sobie o dziewczynie stojącej samotnie w pomieszczeniu obok.
- Też idziesz?
  Wyszła na korytarz i przyjrzała mi się.
- Jasne. – zgodziła się po chwili zawahania.


***


Już z dala usłyszałem ten piękny i jakże wyrazisty śmiech. Wbiegłem do lokalu wiedząc, iż znów ja zobaczę.
Siedziała przy barze popijając szkocką i flirtując z jakimś gościem, nie zważając na  ludzi wokół. Lori stanęła obok mnie i wpatrywała się w mężczyznę przy Caroline.
-On mi kogoś przypomina – stwierdziłem przekrzywiając głowę.
-Nie dziwie się – odpowiedziała z ironią w głosie.
Podeszliśmy  do nich.  Caroline spostrzegła nasze nadejście.  Jej towarzysz, również zauważył, że coś jest nie tak. Odwrócił się do mnie i stanęliśmy twarzą w twarz.
Wtedy go poznałem.
-Co robi tu tak suka, Klaus! – spytała ostro Caroline.
- Mogę zadać ci to samo pytanie. Gideonie – spojrzałem na niego.
Był szczerze zdziwiony. Uśmiechnął się zadziornie.
- Poznałeś mnie.
- Nie, po prostu skojarzyłem fakty.
Głowa Caroline przechodziła ode mnie do Gideona.
- Czy coś mnie pominęło? – spytała.
- Czy coś cie pominęło? – drażniłem się z nią – Tak! Wtedy gdy uciekłaś.
- Ooo… - wydawała się być zawstydzona.
- Nie masz czego się wstydzić skarbie -  mężczyzna pocieszył moją ukochaną – Zazdrość to normalka. – Wzruszył ramionami i spojrzał na Sally.  – Moja żona i ja kłócimy się na okrągło, lecz kochamy się i to przezwycięża wszystko.
Zdziwiły mnie jego słowa, Caroline zresztą też, tyle, że tym, że Sally jest jego żoną.
- Ona…- wskazała palcem na wampirzycę – jest… twoją… żoną?
- A jakże inaczej?!
Niepokoił mnie przebieg wydarzeń. Czułem, że cos się szykowało. 
Wyciągnąłem rękę do dziewczyny siedzącej przy barze.
- Chodź Caroline. Wracamy do domu.
Jak zahipnotyzowana podała mi rękę i poszła za mną do auta.
Gideon  i Lori zostali w lokalu rozwiązując swoje własne problemy.



***



Caroline leżała na łóżku i przyswajała zdobyte informacje.
- Więc nic cie z nią nie łączy, tak? – spytała po raz setny.
-Nic. – Stwierdziłem dobitnie. – Okazało się, że po moim odejściu Gideon ją znalazł, zakochał się w niej, zmienił jej wygląd i przemienił w wampira.
Wciąż nie dawała za wygraną.
- Ale widziałam jak na ciebie patrzy…
- A czy ja na nią patrzyłem z uczuciem? Nie. – zrobiłem chwile przerwy, by przemyślała to co powiedziałem -  O Gideona też nie jestem zazdrosny. -Spojrzała mi w oczy – Daj spokój Caroline.
Zastanawiała się przez dłuższą chwilę. Za to ja pozwoliłem sobie na nacieszenie wzroku widokiem jej ciała.
- Dobra – powiedziała w końcu.
- Świetnie.
Położyłem się koło niej.
- Myślę, że już czas.
- Czas na co?
- Na dziecko. – odparła
Wpatrywałem się w nią oniemiały.
- Serio?
- Odpowiedź: tak czy nie?
- Tak – odpowiedziałem bez namysłu.
Rzuciła się na mnie i zaczęła całować namiętnie.
- Takiej odpowiedzi się spodziewałam.
Usiadła na mnie, a pocałunki stały się bardziej natarczywe, ale w jakimś sensie radosne.
Caroline zaczęła rozpinać guziki mojej koszuli. Zrobiła to szybko i z gracją.
Później była moja kolej. Rozerwałem jej cieniutką różową koszulkę, po czym zauważyłem ,iż szorty już leżą na podłodze.
Przeniosłem się na górę i wszedłem w nią.
Po całonocnym „godzeniu się” padliśmy wykończeni.  Jeszcze nigdy nie byłem tak szczęśliwy i zaspokojony. 


Kochani, kolejny raz muszę was przepraszać za tak długie nie dodawanie rozdziałów. 
Proszę nie rezygnujcie z Klausa&Caroline, tylko wpadajcie i sprawdzajcie czy nie dodałam czegoś nowego. Czasami mogą być tak długie przerwy jak ta. No niestety, też nie jestem z tego zadowolona. 
Rozdział dedykuję Vamp-miss i Angel Madame ta to że... same wiedzą za co ;*
Proszę o komentowanie, chce wiedzieć ile osób po tak długiej przerwie jeszcze czyta te opowiadanie. 
Dzięki za to że ze mną jesteście :*